Cisna-Smerek ok.19km. W piątek po odprawie przygotowałem drugi komplet ubrań i buty, które to oddałem na tzw. II przepak [za radą jednego z organizatorów Marka Tokarczuka].Ta decyzja okazała się wielce trafna! Założyłem sobie, że będę starał się biec i/lub maszerować w jakiejś grupie zawodników żeby nie pokonywać samotnie zbyt długich etapów biegu. 
W biegu Rzeżnika regulamin nakazywał biec dwójce zawodników, przez co uniknąłem zabłądzenia w kierunku Słowacji z punktu "Okrąglik" [dzięki doświadczeniu Jacka Ligęzy].Takie obawy miałem przed biegiem w Krynicy. O godz. 1.50 w sobotę podstawiono busa pod hotel "Hajduczek" i w kilka osób pojechaliśmy na "Deptak" w centrum Krynicy, gdzie był start i meta biegu. Zawody rozpoczynały się o 3.00 więc zdałem ubrania do depozytu i lekko się rozgrzewałem oczekując na start. Było nas startujących podobno ok. sześćdziesięciu. Wreszcie ruszyliśmy; w deszczu wyposażeni w czołówki, cammelbaki i dobre mapy Beskidu Sądeckiego. Stukilometrowa trasa biegu poprowadzona była szlakami turystycznymi [krajowymi i lokalnymi] na obszarze Popradzkiego Parku Krajobrazowego. Dodatkowo oznaczona była metrowej długości foliowymi "witkami" z logo Festiwalu Biegowego. Mimo to już na początku, bo na odcinku: Czarny Potok-Bystry Wierch-Jaworzyna Krynicka straciliśmy dwukrotnie orientacje z powodu gęstej mgły w ciemności. Mógł nas też wprowadzić w błąd długi pasek folii nie należący do organizatora biegu [sprawdziłem namacalnie i naocznie]. Chyba jakieś pół godziny straciliśmy. Z Jaworzyny Krynickiej do pierwszego punktu odżywczego na Hali Łabowskiej brnęliśmy nadal po ciemku i we mgle, ale bez wątpliwości co do przebiegu trasy. Siąpił deszcz, było błotnisto i kamienisto [luźne kamienie], miejscami spore bajora przed którymi ostrzegaliśmy się biegnąc gęsiego. Na Hali Łabowskie j[22-gi kilometr]:czasówka ,jakiś batonik, izotonik na drogę i do Rytra! Stopniowo się rozwidniało, ale nadal była mgła. To już zaczął się ostry zbieg do samego Rytra. Biegłem lub maszerowałem we względnej bliskości kilku osób obojga płci, nawiązanie rozmowy raczej rzadkie i zdawkowe [nie jestem rozmowny] . Było już jasno, deszcz siąpił bez przerwy. Podążałem w pewnej odległości za zawodniczką i wydawało mi się, że wytrzymam jej tempo. Dogoniłem ją w Rytrze, ale ruszyła dalej wcześniej niż ja.Rytro-35 kilometr i 1-szy przepak wypiłem herbatę, jakieś ciastka, napój i ruszyłem w trasę do Hali "Przehyba". To było z kolei ostre wchodzenie pod górę, ale dogoniłem zawodniczkę na dystans kontaktu wzrokowego. Prawie razem doszliśmy do p. żywieniowego na Hali Przehyba [ok.50 kilometr].
Wzmocniłem się herbatką, drożdżówką, zamieniłem dwa słowa z kimś zagadnięty o MŚ w Korbielowie i w trasę! Przede mną Radziejowa [najwyższy szczyt na trasie-1262m n.p.m]Tej biegaczki już nie dogoniłem. Od Hali Przehyba przez Radziejową i Eliaszówkę[1024m n.p.m] do Piwnicznej-Zdroju szedłem sam. Starałem się jeszcze biec na przemian z szybkim marszem, ale zmęczenie i przemoczone ubranie [chyba od Radziejowej padało intensywnie i bez przerwy do Piwnicznej].Dwukrotnie zaliczyłem mazisto-błotnistą glebę na tym etapie i wyprzedził mnie Warszawia, którego poznałem w piątek po odprawie. Starałem się nie stracić go z oczu, ale nie utrzymałem tempa. Idąc sprawdzałem oznaczenia szlaku turystycznego, opisane tablice kierunkowe, wątpliwości rozwiewały "witki" biegowe rozwieszone na drzewach.
Dotarłem wreszcie do Piwnicznej-Zdroju [64 kilometr, 2-gi przepak]. Prawdopodobnie było koło dwunastej w południe ,ale nie sprawdzałem o której godzinie byłem w poszczególnych punktach odżywczych, włączyłem tylko stoper na starcie i tyle. Przebrałem się w suche rzeczy od głowy do stóp i schowałem "czołówkę" do depozytu z mokrymi ciuchami. Rozgrzałem się kilkoma herbatami, zjadłem bagietkę z szynką. Zdaje mi się ,że dwóch zawodników zakończyło bieg w Piwnicznej i oczekiwali na przewóz. Ja też przemoczony i wyziębiony pomyślałem żeby może zakończyć tę imprezę w Piwnicznej. Jednak po założeniu suchego zmieniłem zdanie. Przede mną trasa do Wierchomli Małej przez Łomnicę-Zdrój. Kilkaset metrów marszu rozluźniło zesztywniałe mięśnie. Buty trailowe zamieniłem na biegówki o numer większe, dotąd ponad 60 km trasy, głównie zbiegi pokonywałem z podkurczonymi palcami, Ponad to w wyniku przemoczonych butów naciągnąłem skórę na śródstopiu obu nóg. W drodze do
Łomnicy dogonili mnie dwaj zawodnicy. Pomimo posługiwania się mapą i punktami orientacyjnymi [kapliczka i "witka", ale tylko jedna] straciliśmy ok. godziny zanim weszliśmy na szlak , błądząc przez pastwiska "Sutory i Króle". W trójkę dotarliśmy do Wierchomli Małej[ 79 kilometr 3. przepak].Na miejscu herbata z cytryną i banany. Do Bacówki nad Wierchomlą ruszyliśmy już w czterech. Z asfaltówki zeszliśmy na trasę narciarską. Strome podejście i chyba na kilkaset metrów do góry ale bez błota. Szliśmy powoli z wysiłkiem zatrzymując się raz albo dwa. Krótki płaski odcinek na szczycie starałem się przetruchtać żeby nie stracić z pola widzenia dwóch biegaczy przede mną. Na zbiegu trasy narciarskiej wzdłuż wyciągu krzesełkowego zostałem sam ,byłem tak zesztywniały ,że mogłem tylko drobić kroczki uważając żeby nie ujechać na luźnych kamieniach. Zawodnik za mną miał kontuzję kolana ,więc został daleko z tyłu. Po zejściu do drogi asfaltowej zostało mi jeszcze ok. cztery km do Bacówki nad Wierchomlą. Już zaczynało się robić ciemno. "witki" biegowe prowadziły mnie szlakiem lekko pod górę. W Bacówce n/Wierchomlą zrezygnowałem z ostatniego 11-sto kilometrowego odcinka do Krynicy.
Pokonałem 88km w czasie 17godz: 8min:43sek.wg mojego stopera.
Mariusz Gunia

Na ten ultramaraton zapisałem się chyba w kwietniu, trochę pochopnie. Dlatego raczej byłem zadowolony, że pierwszy termin odwołano.Przesunięcie Festiwalu Biegowego na połowę września pozwoliło mi poprzez udział w sporej ilości zawodów biegowych, w tym ukończenie "Złotej Pięćdziesiątki" na lepsze przygotowanie kondycyjne i siłowe do Biegu Siedmiu Dolin. Jakieś wyobrażenie o tym biegu mogłem mieć tylko na podstawie ukończonych w zeszłym roku: "Gorce-Mararon" i jednego tylko etapu ze sztafety "Biegu Rzeżnika" tj.







