|
Wpisany przez Andrzej Obstarczyk
|
|
Jako relację z Maratonu w Pradze postanowiłem wykorzystać wpisy na naszym forum:
Andrzuś: Rewelacyjne zdjęcia Mał-Gosi "Zadyszka i Polacy w Pradze": http://picasaweb.google.pl/panguciaibubby/PragueMarathon2010# Bułeczkę doholowaliśmy szczęśliwie do mety. Jur dzielnie towarzyszył mi przez cały dystans.
Jur: Andrzej jest bardzo łaskawy, jak na Prezesa przystało. Prawda jest trochę inna. To fakt Bułeczka, poszedł na 3:30. Chyba chciał rozstrzelać samego Brudnego Harrego (jakby co Mariusz Gunia, który w czarnych okularach i w samochodzie staje się miksem Brudnego Harrego i ze względu na styl jazdy, bohatera Znikającego punktu). Ale jak to Bułeczce totalnie się mu zmarło w okolicach 30 km, a właśnie wtedy dopiero zaczyna się maraton. Ja ze względu na różne życiowe perypetie ostatnio biegam na żywca, bez pomiarów. Nie znam swoich możliwości. Co innego biec przed siebie choćby cały dzień a co innego biec w określonym tempie i czasie. Przyssałem się więc do Andrzeja bo trochę z nim biegałem i czuję jego tempo. I było bardzo fajnie do 37 km. Ale wcześniej dopadamy Bułeczkę. Wygląda na osobę nie kontaktującą. Zapytany jak się nazywa, rozgląda się dokoła; chyba nie za bardzo wie skad pada pytanie ale odpowiada w powietrze: Bułeczka. No to nie jest źle. Andrzuś aplikuje mu taurynę i biegniemy miarowo i we własnym tempie. Leci nam się naprawdę bez bólu. Nogi niosły (jak się okazało z rozpiski to trzecią dyszkę przyspieszyliśmy do 53 minut) Mijamy po drodze całe grupy maratończyków, którzy wystrzelali swoje możliwości i magazynki mieli już puste. Jakaż konsternacja: nie wierzymy oczom! Pojawia się cudownie reanimowany tauryną Bułeczka. Więc to ustrojstwo działa! I biegniemy w trójeczkę. Świat wygląda pięknie do 37 kilometra. Zaczynają mnie boleć mięśnie pośladków i ud. Efekt niezbyt mocnego biegania przed maratonem. To nic, że płuca i serce nie odczuwają praktycznie żadnego zmęczenia.Zaczynam się wypytywać Andrzeja ile jeszcze co jest złym sygnałem. 5km - pada odpowiedź. Andrzej zagrzewa nas nieustannie do boju. Jeszcze parę pętelek, jeszcze dwie, jeszcze jedna. Zostajemy z Bułeczką parę kroków za Andrzusiem, znowu mu doskakujemy. I takim stylem lecimy do mety. Andrzuś pokazuje litościwe serce Prezesa, rezygnuje z paru minut, nie porzuca nas na pastwę losu i dociąga mnie i Bułeczkę do mety. 4:16. Nie jestem rozczarowany.Wielu ludzi wzięłoby taki czas bez narzekania. Wiem, że dla Kolora ludzie którzy nie biegaja maratonu poniżej trzech godzin to nie jest Towarzystwo (oczywiście wiem, że Kolor tylko tak "drzaźni" ambicje). Ale nie tracę nadziei. W przyszłym wcieleniu bede biegał maraton w 2:10 . A póki co to przede mną setka w Krynicy. Brrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr. |