|
Spotkaliśmy z Andrzejem podczas Maratonu w Berlinie kolegę, znakomitego biegacza, ultrasa, Edka Dudka. Podczas przyjacielskiej rozmowy zaprosił nas na maraton okolicznościowy związany z ukończeniem przez niego 100-u maratonów. Andrzuś żywiołowo zaakceptował swój udział, a ja, mając skręcony staw kolanowy, niepewnie potwierdziłem. Gdy poznałem trasę maratonu zapragnąłem za wszelką cenę go przebiec, gdyż przebiegał przez miejsca, gdzie w dzieciństwie bywałem, Twardorzeczka , Skrzyczne, Lipowa.
Na walkę z górami osiłków klubowych: Jurka Kota, Mariusza Gunię, Adama Bruzdę i mnie poprowadził sam Prezes Andrzej Obstarczyk, który mierzył się po raz 40. z dystansem maratonu. Terminem biegu był listopad i nic dziwnego, że od tygodnia padał deszcz, było zimno. Wielki było nasze zdziwienie, kiedy dojeżdżając do Żywca zobaczyliśmy jak chmury się rozbiegły i ukazało się słońce. Musiał Edek rozgonić ciupaską chmury, albo jak mówił ks. Tischner, Baca może prędzej się dogadać z Bogiem, hej. Biuro zawodów było w karczmie regionalnej, gdzie przy muzyce góralskiej można było porozmawiać z przyjaciółmi Iwonką, Laco, Jarząbem, Kulbetem i zrobić zdjęcie na dyplom z ukończenia maratonu. Rozpoczęło bieg 100-u zawodników, którzy zostali ładnie przywitani na trasie przez Edka. Tym razem podczas biegu wykonywałem zdjęcia, a kolory jesieni, góry, ludzie spowodowały, że jestem z nich zadowolony. Biegłem powoli kontemplując w samotności, aż dogoniłem po 15 kilometrach jakiegoś zawodnika. Jedno spojrzenie i myśl ,, ugotowany’’. Na twarzy krople potu, czerwony, Wybrał nieroztropnie na debiut tak trudny maraton i … nie ukończył. Gdy biegłem pod Skrzycznem zrozumiałem różnice między maratonami klasycznymi, a górskimi. Maratony klasyczne np. w Berlinie, Budapeszcie, Kopenhadze odbywają się w obecności sympatycznego kibicującego tłumu i wszechobecnej muzyki działającej na podświadomość zawodnika doprowadzając do euforii. Biegi górskie to piękno gór, kolory, śnieg, cisza czyli efekty poruszające struny wrażliwości zawodnika. Biegnąc trasę u Edka czułem się jak oglądający w muzeum dzieła Moneta, Van Gogha. Na 30-tym kilometrze zobaczyłem punk żywieniowy i chcąc pokazać dziewczynom jak w dobrej jestem formie, przyspieszyłem i to był błąd. Dziwny stan, zacząłem lewitować. Umysł nie panował nad ciałem, bezwiednie na punkcie machnąłem ręką i myślałem ,,byle się nie przewrócić’’. Po kilkunastu sekundach minął stan omdlenia. Kilka kilometrów przed metą, ostatkiem sił wdrapałem się na stromą dostojną Golgotę Beskidzką ( Matyska), karkołomny zbieg i można było usłyszeć muzykę na mecie. I tak szczęśliwie ukończyłem swój dziesiąty maraton.. Po maratonie panowała rodzinna atmosfera, grano na trąbicie, ogólny rozgardiasz, gratulacje, wzruszony Edek. Maraton godny polecenia twardzielom.
Józek Madej
|